Recenzja książki "Listy lorda Bathursta"

7/09/2013

"Kiedy rum zaszumi w głowie, cały świat nabiera treści. Wtedy chętnie słucha człowiek..."

Morskie opowieści. Tak (niesamowicie streszczając) można zdefiniować najnowszą powieść Marcina Mortki. Pisał już o piratach, pisał już książki dla najmłodszych, heroic fantasy, horror, space operę... Autorowi na pewno nie można więc zarzucić, że trzyma się kurczowo jednego nurtu. Wręcz przeciwnie! Mortka jest ryzykantem, ale chyba urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, gdyż każda jego książka (bez względu na gatunek) jest naprawdę dobra, a znaczna ich część nawet więcej niż dobra. W tym jednak wypadku autor poszedł jeszcze o krok dalej. Fantastyka na bok, bo otóż jest powieść marynistyczna. Pełną gębą.


Oficer brytyjskiej Royal Navy, Peter Doggs, został skazany na śmierć, a w zasadzie - już niemal stracony. Od niechybnej śmierci wybawia go jednak tajemniczy możny jegomość, każący się tytułować Lordem Bathurstem. Bogaty dżentelmen nie podejmuje jednak tej decyzji z czystej potrzeby serca. Ma bowiem zadanie dla Doggsa. Wsadza go na statek, daje załogę i wysyła na tajną misję, którą powierzyła jakoby sama Korona. Gdyby nie to, że jego kochana córka została na lądzie pod "czujnym okiem" Bathursta, Peter nigdy nie wziąłby udziału w tej szaleńczej ekspedycji. Podczas morskiej wyprawy były oficer Royal Navy ma szereg zadań do wykonania. Instrukcje zawarte są w listach lorda Bathursta, spisanymi zawczasu,  którymi rozporządza jeden z najwierniejszych ludzi lorda - Stirling. Kapitan Doggs nie jest jednak w ciemię bity i szybko orientuje się w sytuacji. Ta cała sprawa brzydko mu pachnie już od samego początku, a z czasem Doggs ma zamiar dowiedzieć się wszystkiego zarówno o samym bogatym lordzie, jak i o jego planach. Sprawy jednak niesamowicie się komplikują...

"- Podziwiam pana zdecydowanie - odezwał się Stirling, choć raczej bez podziwu w głosie.
- To dość ważna cecha u dowódcy. Mniej więcej tak, jak miękki zadek u dworaka czy lordowskiego pachołka."

Nie ma tu magii. Żadnych smoków, gadających kruków, ani nawiedzonych miasteczek. Jest za to sporo wody i fruwających to tu, to tam kul armatnich. Szkoda? A może i szkoda. Nie jest to jednak aż taka nowość u Mortki. Czytający jego "Karaibską Krucjatę" będą wiedzieli co mam na myśli. Poza tym - sam autor często przyznaje się do zamiłowania do marynistyki. Ja się jednak nie przyznaję, ba! - nie czytałem do tej pory nic o podobnej tematyce. Nie licząc wspomnianego już wyżej tytułu i kilku innych tym podobnych... Jednakowoż - to nie to samo. Tutaj mamy do czynienia z marynistyką w czystej postaci, co w gruncie rzeczy mnie zaskoczyło, bo nie tego się spodziewałem.

Jako kompletny laik w tejże tematyce nie będę pisał pieśni pochwalnych dotyczących (niezaprzeczalnej zresztą) wiedzy autora w zakresie historii oraz bogatego zasobu słownictwa z zakresu budowy okrętów, czy wszelkich inszych czynności z nimi związanych. Nie, bo się nie znam i pewna część z tych słówek zupełnie nic mi nie mówiła, ale... No właśnie - ale! Mortka pisze w taki sposób, że taka wiedza nie była mi wcale potrzebna. Bez problemu potrafiłem odnaleźć się na fregacie, galerze, czy szalupie - och tak, moja wyobraźnia nie zna granic. A tak całkiem poważnie, to książka jest napisana tak zręcznie, że całe to słownictwo wilków morskich wcale nie utrudnia odbioru. Jest dużo akcji, mnóstwo intryg i kombinowania/kombinatoryki (niepotrzebne skreślić). Postać samego głównego bohatera już od pierwszych stron potrafi zaskarbić sobie sympatię czytelnika i z przyjemnością czyta się o, niewątpliwie barwnych, perypetiach kapitana Doggsa i jego (a w zasadzie lorda Bathursta) załogi. Jest sporo morskich bitew, pojedynków na szable, czy też na słowa, a sama fabuła, choć może nie powala, to na pewno wciąga. A, no i okładka całkiem mi się podoba.

Książkę na pewno polecam, ale komu? Przede wszystkim fanom Marcina Mortki, a także miłośnikom marynistyki. Sam należę jedynie do tego pierwszego grona, ale "Listy lorda Bathursta" czytałem z zainteresowaniem.

"- Co to za tajne narady, do kroćset? Nazwiska!
- Sir, my tylko...
- Nazwiska!"

Autor: Marcin Mortka
Gatunek: Marynistyka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 408
Ocena: 6/10

Zobacz także:

10 komentarze

  1. Nie czytałam jeszcze żadnej książki tego autora, chętnie to zmienię, ale myślę, że zacznę od jakiegoś innego jego dzieła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie polecam "Martwe Jezioro" :)

      Usuń
  2. Jak Flora nie czytałam żadnej książki tego autora,a czy przeczytam tą książkę podsumowałabym dokładnie tak jak czytelniczka powyżej. ;) Wolałabym jednak zacząć od powieści fantasy, bo to właśnie mój ulubiony gatunek.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, więc również polecam "Martwe Jezioro" :) Świetne heroic fantasy :)

      Usuń
  3. Jestem świeżo po lekturze i w gruncie rzeczy mam podobne odczucia, chociaż z przewagą rozczarowania;>

    http://imunimum.blogspot.com/2013/07/marcin-mortka-listy-lorda-bathursta.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam nie byłem rozczarowany, ale oczarowany również nie :P Natomiast czytałem wiele lepszych książek Mortki. Cóż, "lepszych"... W każdym razie mi się bardziej podobały. Ale czy każdemu... Tego nie jestem w stanie ocenić :)

      Usuń
  4. Oj, ja ją oceniłam o wiele wyżej. Zapraszam do skonfrontowania opinii.
    Do tej pory nie czytałam powieści marynistycznych, ale po "Listach..." chętnie zacznę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ już recenzje czytałem i nawet skomentowałem :) Więc Twoją opinię znam :D Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Od dawna obserwuję tego bloga i bardzo mnie inspirujesz, dlatego zostałaś nominowana do Liebster Blog Award (sama miałam z tym mnóstwo kłopotu i nie wiedziałam jak rozwiązać ten problem, ale ty dasz sobie na pewno radę)

    http://zaczytanakasia.blogspot.com/2013/07/liebster-blog-award-nominacja-i-ii-i-iii.html

    OdpowiedzUsuń