Newsy:

Zapowiedź: Prawdziwa Gra o tron "Królowie Przeklęci" M. DRUON

To jest prawdziwa Gra o tron
3 czerwca do księgarń trafi nowe, trzytomowe wydanie kultowego cyklu Królowie przeklęci Maurice’a Druona. 

Pierwszy tom zawiera powieści: Król z Żelaza, Zamordowana królowa, Trucizna królewska.
Papieżu Klemensie!... Rycerzu Wilhelmie!... Królu Filipie!... Przeklinam was! Przeklinam was! Niech wasze rody będą przeklęte aż do trzynastego pokolenia!...
18 marca 1314 roku Jakub de Molay, wielki mistrz templariuszy, konając na stosie, rzucił klątwę na swoich prześladowców. Czy ziści się jego złowieszcza przepowiednia? Czy przekleństwo uderzy w niezłomnego Filipa Pięknego, zwanego Królem z Żelaza? Jaką cenę zapłaci Francja za zburzenie potęgi Zakonu Rycerzy Świątyni?

Przedmowę do nowego wydania Królów przeklętych napisał George R.R. Martin, który jest wielkim miłośnikiem cyklu Maurice’a Druona:
W Królach przeklętych jest wszystko. Królowie z żelaza, zamordowane królowe, bitwy i zdrady, kłamstwa i żądze, oszustwa, rywalizacja rodów, klątwa templariuszy, podmieniane niemowlęta, wilczyce, grzech i miecze, wielka dynastia skazana na upadek... A to wszystko (no, prawie wszystko) zaczerpnięte żywcem z kart historii. I wierzcie mi: rody Starków i Lannisterów nie mogą się nawet równać z Kapetyngami i Plantagenetami. Bez względu na to, czy jesteś historycznym geekiem, czy miłośnikiem fantastyki, od książek Druona nie będziesz się mógł oderwać.

To jest prawdziwa Gra o tron. Jeśli lubisz Pieśń lodu i ognia, pokochasz Królów przeklętych.
O autorze:

Maurice Druon (1918–2009) – francuski pisarz, polityk, członek Akademii Francuskiej, kawaler Krzyża Wielkiego Legii Honorowej, honorowy rycerz komandor Orderu Imperium Brytyjskiego. W 1948 roku uhonorowany Nagrodą Goncourtów. Był ministrem kultury, deputowanym do Zgromadzenia Narodowego i Parlamentu Europejskiego.

Królowie przeklęci byli dwukrotnie przenoszeni na szklany ekran. W latach 1972–1973 telewizja francuska wyprodukowała serial telewizyjny, a w 2005 roku powstał jego remake w koprodukcji francusko-włoskiej, w którym wystąpili Philippe Torreton i Jeanne Moreau.

Pójdziemy z torbami... książek, komiksów i gier! #3:Prezent na dzień dziecka


Wielkimi krokami zbliża się Dzień Dziecka! Zapewne wielu z was stoi przed ciężkim wyborem co kupić dziecku, młodszemu rodzeństwu, czy innemu młodocianemu z rodzinki. 
  
EGMONT: 
ŁAP OKAZJE NA DZIEŃ DZIECKA!

https://sklep.egmont.pl/f/promocja:205,pr/

Na rynku jest tyle przeróżnych produktów, ale jak wybrać ten, który spełni nasze oczekiwania? Coś, co dziecku się spodoba, ale nie zostanie od razu rzucone w kąt, a jednocześnie coś, co nie nadwyręży naszego portfela, a przyniesie radość... W dobie, kiedy dzieci spędzają mnóstwo czasu przed komputerem, tabletem i innymi "dobrami XXI wieku" ciężko podarować coś mądrego i interesującego. 

Według nas najbardziej sprawdzonym prezentem jest gra planszowa. Oczywiście, musi być odpowiednia dla wieku dziecka i choć trochę pokrywać się z jego zainteresowaniami. Jest to świetny sposób do wspólnego spędzania czasu, zacieśniania więzów rodzinnych i tych z rówieśnikami.

Dla młodych czytelników idealnym prezentem będzie oczywiście książka. Akurat Egmont ma chyba największa i najlepszą ofertę skierowaną do młodszych. Komiksy to też dobry prezent, głównie dla "dużych dzieciaków" ;)

Najlepsze naszym zdaniem gry "bez prądu" to:
  "Mumia. Wyścig w bandażach" (recenzja)
"Potwory w Tokio" (recenzja)

  Resztę gier, z którymi mieliśmy styczność można zobaczyć tutaj.

Śpiąca królewna była punkiem czyli "Althea & Oliver" CRISTINA MORACHO

"Althea & Oliver", to kolejna książka z kategorii real life, która przedstawia historie dwójki nastolatków z problemami. Można by pomyśleć, że to kolejna oklepana książka, gdzie młodzież ma typowe problemy dla wieku dojrzewania. Jednak nie tym razem, "Althea & Oliver" opisuje nastoletnie życie i zmagania z nietypową chorobą - zespołem Kleinego-Levina.

Althea i Oliver są nierozłącznymi przyjaciółmi od zawsze. Nawet dziwna przypadłość, która dotyka Olivera nie jest w stanie ich od siebie odstraszyć. W końcu Althea zdaje sobie sprawę, że czuje do swojego przyjaciela coś więcej. On natomiast coraz dotkliwiej odczuwa negatywne strony choroby i pragnie by wszystko pozostało bez zmian. Jednak nie tak łatwo przejść do codzienności kiedy przesypia się kilka tygodni życia.

Akcja książki toczy się w połowie lat 90, gdzie królują punkowe klimaty, alkohol i inne ogólnodostępne używki. Althee i Oliviera czeka nie tylko podróż z małego miasteczka, w którym żyją od wielu lat, do Nowego Jorku, ale także bardziej metaforyczna, niż prawdziwa, podróż w dorosłe życie.

Po "Althea & Oliver" sięgnęłam dlatego, że byłam ciekawa tzw. syndromu śpiącej królewny, na który cierpi główny bohater. Nazwa "zespół Kleinego-Levina", już nie raz obiła mi się o uszy, lecz nigdy nie wiedziałam na czym polega. Co prawda książki młodzieżowe to może nie najlepszy sposób wzbogacania swojej wiedzy medycznej, ale nie planuję być lekarzem, więc to chyba najłatwiej przyswajalny sposób zdobywania takich informacji.

"Althea robi co może, żeby nie zasnął przed powrotem do domu. Szyby są opuszczone i wnętrze samochodu wypełnia rześkie marcowe powietrze, w którym włosy dziewczyny łopoczą wściekle wokół jej twarzy, niczym skrzydła. Z głośników sączy się skrzekliwy punkowy lament. Althea próbuje przekrzyczeć muzykę, podczas gdy Oliver, z głową opartą o zagłówek, walczy z opadającymi powiekami."

Niestety muszę wyznać, że czytając tę książkę całkiem sporo się wynudziłam i kompletnie nie mogłam się wczuć przez co lektura jej zajęła mi bardzo dużo czasu. W "Althea & Oliver" bardzo dużo się dzieje, temu nie mogę zaprzeczyć, ale mimo, że tak wiele się dzieję, to i tak miałam wrażenie, że im dalej, tym to ma coraz mniejsze znaczenie. Czytając nie odnalazłam żadnego sensownego przesłania, które uważam, że powinno być w tego typu książkach dla młodzieży. "Althea & Oliver" teoretycznie jest książką o dorastaniu. Dorastaniu tutaj opiera się na kłamstwach, alkoholu, papierosach i innych używkach, co kompletnie mnie nie dziwi z uwagi na to, że akcja powieści osadzona jest w połowie lat 90. Jednakże nie ukrywam, że sposób w jaki zostało to przedstawione, oraz zakończone, po prostu mi się nie spodobał.

Mimo, że imienia głównej bohaterki - Althei nie mogłam zapamiętać przez wiele dni, to jej kreacja na pewno na długo pozostanie mi w pamięci. Zdecydowanie nie jest to wyidealizowana bohaterka, która podbija serca czytelników i na pewno nie jest wzorem do naśladowania. Jej postępowanie często było dla mnie niezrozumiałe, jednak jej postać jest niezwykle prawdziwa. Pomijając może wątek miłosny, który uważam za całkowicie sztuczny i stworzony na siłę. Osadzenie tej powieści w punkowym klimacie było ciekawym zabiegiem, bardzo interesującym i przedstawiony z dużą dbałością o szczegóły.

 "Althea & Oliver" to ciekawa książka, jednak bez fajerwerków, emocji i przesłania dającego "kopa" i motywującego do jakiś zmian w życiu. 

Autor: Cristina Moracho
Gatunek: Młodzieżowa/Real life
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 399

Magiczny świat, który wciąga, czyli... "Pieśń Kwarkostwora" JASPER FFORDE

Jakież było moje zdziwienie, gdy do drzwi zapukał kurier z przesyłką, której nie zamawiałem. Moja mina zapewne była bezcenna, gdy tę paczkę otworzyłem i okazało się, że to kolejna książka autorstwa Jaspera Fforde'a wydana w Polsce przez Sine Qua Non! Cóż za radość, gdy przeczytałem załączony do niespodzianki list. Nie spodziewałem się tej książki w moich rękach. Szczerze mówiąc umknęła mi informacja o jej publikacji, a tu taki prezent!

Czym prędzej zatem zabrałem się do lektury, bo poprzednia część "Ostatni Smokobójca"(klik po recenzję) bardzo mi się spodobała i pozwoliła oderwać się od szarej rzeczywistości i uciec w świat magii oraz fantastycznych stworów...

Historia spisana przez Jaspera Fforde'a opowiada o losach nastoletniej Jennifer Strange, która po tajemniczym zniknięciu swojego mentora i opiekuna Zambiniego, musiała przejąć stery w Kazam - czyli firmie specjalizującej się w świadczeniu usług magicznych. Jennifer musi trzymać w ryzach całą chatę pełną wszelakiej maści czarodziejów i kilku dziwacznych istot - np. Tymczasowego Łosia, który jednak akurat sprawia najmniej problemów; po prostu pojawia się raz tu, a raz tam.

Każdego dnia Jennifer musi stawiać czoła przeciwnościom losu i zarządzać całą firmą, wysyłać czarodziejów na zlecenia, użerać się z biurokracją, ale przede wszystkim utrzymać to wszystko w kupie. Nie jest to jednak takie proste, a wręcz karkołomne. Całe szczęście, że ma kilka zaufanych osób, które są skłonne do pomocy, jednak brak Kwarkostwora daje się we znaki i w ogóle wszystko nagle zaczyna się walić na łeb na szyję.

Właściciel konkurencyjnej firmy iMagia, który sam siebie tytułuje Blixem Wszechmogącym (skromność 100%) postawił sobie za cel zniszczenie Kazam i wszystkich jej pracowników, albo przynajmniej wysłanie ich na przedwczesną emeryturę. Perfidny Blix opracował cały plan na to jak pozbyć się Jennifer i jej podopiecznych oraz zmonopolizować cały rynek magiczny. 

Poprzedni tom Jaspera Fforde'a był zdecydowanie bardziej epicki, bo smoki, opancerzone auta, wielkie przepowiednie i tak dalej. Jednakowoż brak smoków wcale nie odbiera mocy tej książce. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że "Pieśń Kwarkostwora" - mimo tego, że ocieka wręcz magią i nadnaturalnymi wydarzeniami - jest w pewien sposób bardziej przyziemna, a przez to łatwiej przyswajalna, bardziej prawdziwa, rzeczywista wręcz. Być może tylko takie odniosłem wrażenie, ale książka ta chyba skierowana jest do odrobinę dojrzalszego czytelnika, niż było to w przypadku poprzedniczki. Owszem, wciąż docelowym odbiorcą jest młodzież, ale być może wraz z dorastaniem Jennifer, dojrzał w pewien sposób także styl autora, który w dalszym ciągu jest lekki, zabawny i wciągający, ale zawiera w sobie coraz więcej ukrytych przesłań, prawd życiowych, moralnych rozterek.

- Zdasz albo nie nazywam się Jennifer Strange.
- Nie nazywasz się Jennifer Strange.
- Co?
- Jesteś znajdą. Nie znasz swojego imienia.
- Mogło brzmieć Jennifer Strange - powiedziałam, jakkolwiek niepewnie. - Zbieg okoliczności?
- Niezbyt prawdopodobny.
- No nie. Lecz nie panikuj, zdasz. Jasne?

Sam osobiście bardzo szybko wsiąknąłem w opowieść snutą przez autora, choć sporo czasu minęło, gdy ostatni raz czytałem coś podobnego, to jednak Jasper Fforde potrafił i nadal potrafi wciągnąć mnie w ten świat. Sprawić, że chciałem coraz więcej i więcej. Po lekturę sięgałem coraz częściej i zagłębiałem się na coraz dłużej, choć w codziennym pośpiechu czasem naprawdę ciężko było znaleźć czas, to jednak starałem się jakoś to sobie wygospodarować. Móc odetchnąć od problemów, odłożyć na chwilę sprawy do załatwienia, zagłębić się w przygody tych świetnie wykreowanych bohaterów i przeżywać wraz z nimi wzloty i upadki (choć tych drugich było zdecydowanie więcej).

Z chęcią opowiedziałbym co się działo w książce, aż mnie korci, żeby podzielić się z wami tym, co rozgrywało się na kartach "Pieśni Kwarkostwora", jednak nie chciałbym psuć nikomu tej radości, którą na pewno będzie miał podczas samodzielnej lektury. Zabawna, lekka, świetnie napisana i zilustrowana (kolejny raz przez Roberta Sienickiego), z pozytywnymi przesłaniami, wartością edukacyjną, rozbudowanymi postaciami i mnóstwem innych plusów - po prostu książka, którą polecam każdemu bez względu na wiek. To wcale nie jest takie pewne, że to właśnie ci młodsi będą się przy książce dobrze bawić. Być może właśnie to ci starsi bardziej potrzebują takiej odskoczni od codziennej szarugi, co zapewni im właśnie ta powieść, która wciąga od pierwszych stron. Polecam. Dla dwunastolatków i trzydziestolatków (którzy lubią fantastykę, rzecz jasna).

Autor: Jasper Fforde
Seria/cykl wydawniczy: Kroniki Jennifer Strange t.2
Gatunek: Fantasy / Młodzieżowa
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 320
Ocena: 8,5/10

Przeczytaj recenzję poprzedniego tomu o przygodach Jennifer Strange!

Teraz, czy "Maybe someday" C. HOOVER

"Maybe someday" to kolejne dzieło Colleen Hoover. Autorki znanej przede wszystkim z rewelacyjnej, chwytającej za serce i długo nie dającej o sobie zapomnieć - książki "Hopeless". Po sukcesie jakim okazała się wspomniana lektura i kacu książkowym, który mi przysporzyła, miałam dość spore oczekiwania wobec "Maybe someday". 

Sydney żyje sobie całkiem normalnie i spokojnie - studiuje, pracuje, mieszka z przyjaciółką i jest w stabilnym związku... Wszystko to wali się w chwili, gdy dowiaduje się prawdy o swoich najbliższych. 

Dziewczyna zostaje bez pieniędzy i dachu nad głową, ale na szczęście na swojej drodze spotyka Ridge'a. Chłopaka, który jest niezwykle utalentowanym muzykiem z blokadą twórczą, przez co nie jest w stanie napisać żadnego tekstu. W zamian za pomoc Sydney otrzymuje własny kąt. Szybko łapią wspólny język i okazuje się, że razem są w stanie tworzyć wspaniałe teksty, które łamią serca...

"Maybe someday" w przepiękny sposób opowiada o muzyce. Nie tylko o jej tworzeniu, ale także ukrytym przekazie, odebieraniu i emocjach, które wywołuje. Jest to pierwsza książka podczas, której odsłuchiwałam specjalną playlistę i spokojnie mogę to wpisać na listę "niesamowitych przeżyć". Świetne było to, że wszystkie teksty wspólnie pisane przez Sydney i Ridge'a miały "ukryty" przekaz i tyczyły się sytuacji w jakiej się znajdowali. Piosenki były przepełnione emocjami, które również mi się udzielały i myślę, że to właśnie taki zamysł miała autorka. Colleen Hoover wymyśliła świetny sposób by przekazać czytelnikowi emocje bohaterów. Genialne.

"W angielskim alfabecie jest tylko dwadzieścia sześć liter. Można by pomyśleć, że z tyloma literami niewiele można zrobić. Można by pomyśleć, że kiedy wymiesza się je i połączy w słowa, mogą one wywołać tylko ograniczoną liczbę uczuć. A jednak tych uczuć może być nieskończenie wiele i ta piosenka jest tego dowodem. Nigdy nie zrozumiem, w jaki sposób kilka prostych słów połączonych ze sobą może kogoś zmienić, a jednak ten utwór i jego słowa całkowicie mnie odmieniają. Czuję się tak, jakby „może kiedyś” się we „właśnie teraz."

Poza genialnymi piosenkami, kolejną rewelacyjną rzeczą w "Maybe someday" jest kreacja bohaterów. Zwłaszcza tych głównych, chociaż drugoplanowi są też interesujący. Oczywiście, najbardziej wyrazistą postacią jest Sydney, chociaż to Ridge'a najbardziej polubiłam. Jego autentyczność, na którą składały się podejście do życia, delikatność, pasja, otwartość, ciekawość świata i przede wszystkim poczucie humoru zostały tak wykreowane, że jestem pełna podziwu. Każdy z bohaterów otrzymał konkretne cechy charakteru, które były dla niego charakterystyczne i mocno eksponowane. Świetnym motywem było wplecenie w fabułę zamiłowania poszczególnych osób do robienia sobie psikusów. 














"Maybe someday" wielokrotnie ukazuje ironie losu, zahacza  o ciężkie, niewygodne tematy. Nie jest tak naładowana napięciem seksualnym jak to było w przypadku "Hopeless", ale nie znaczy to, że wcale go tam nie ma, po prostu jest go odrobinę mniej, bo jest tłumione przez bohaterów, którzy nieustannie walczą z pokusą i obiecują sobie, że "może kiedyś".
"Sercu nie można powiedzieć, kiedy, kogo i jak ma kochać. Serce powinno robić to, co mu się żywnie podoba. Jedna rzecz jaką możemy kontrolować, to czy daje naszym życiom i umysłom szanse, by dogonić nasze serce."

Niestety "Maybe someday" nie jest aż tak rewelacyjna jak "Hopeless", chociaż tak naprawdę ciężko to, od tak sobie stwierdzić. Są to dwie różne książki, jednak można dostrzec drobne podobieństwa, zwłaszcza w kreacji bohaterów. "Maybe someday" nie "oderwało" mnie od życia tak jak zrobiło to "Hopeless" i to jest chyba jeden z powodów, dla którego czuje się odrobinę rozczarowana. Co prawda "Maybe someday" poruszyła mnie niejednokrotnie, powywracała moje wnętrzności kilkoma scenami, ale przydługie zakończenie sprawiło, że moja totalna euforia zdążyła przygasnąć, a napięcie całkowicie zniknęło, bo dokładnie wiedziałam jak to się skończy. Chociaż miałam nadzieję na jakąś niespodziankę... Nie zmienia to faktu, że "Maybe someday" ogromnie mi się podobała i mimo wszystko stała się jedną z ulubionych powieści.

Autor: Colleen Hoover
Gatunek: New adult
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Liczba stron: 440

Współcześni Romeo i Julia, czyli "Eleonora & Park" R. Rowell

O Rainbow Rowell i jej książce "Eleonora & Park" słyszał już chyba każdy. Kolejna świetna akcja marketingowa ze strony Wydawnictwa Otwartego, urocza okładka i słowa polecenia od samego Johna Greena... Jednak jak się ma treść książki w odniesieniu do popularności i zainteresowania czytelników, którą tak łatwo osiągnęła?

Życie Eleonory nie należy do najprzyjemniejszych. W domu żyje w ciągłym strachu przed mężem swojej mamy, a w szkole wcale nie jest lepiej. Bo jaką opinię może mieć nowa, biedna, rudowłosa dziewczyna, która w dodatku jest przy kości? Na szczęście na horyzoncie pojawia się Park. Przemiły, idealny chłopak, który odrywa Eleonorę od codziennych problemów za pomocą dużej dawki komiksów, dobrych kawałków i dotąd nieznanego jej uczucia, którym całkowicie niespodziewanie ją obdarzył.

"Eleonora & Park" to niezwykle ładna książka. Taka łagodna i rozkoszna, z pięknymi cytatami. Czytelnik obserwuje jak rozwija się pierwsza, niewinna miłość i rozpływa się nad nią jak nad słodkim szczeniaczkiem, czy uroczym dzieckiem. Fantastyczne uczucie.

"Uczucie, gdy po raz pierwszy chwycił jej dłoń było tak cudowne, że przeważyło wszystkie złe rzeczy. Było mocniejsze niż jakikolwiek ból, którego doświadczyła."

Czytałam tę książkę jak zahipnotyzowana. Rainbow Rowell ma świetny, delikatny styl, dzięki czemu czytanie "Eleonory & Parka" było dla mnie bardzo przyjemnym przeżyciem. Lektura bardzo szybko mnie wciągnęła i niejednokrotnie wywołała u mnie uśmiech czy też salwy śmiechu. Akcja rozgrywa się dość jednostajnym tempem i przyspiesza tylko przy końcu książki. Nie jest to w żadnym wypadku wada, ponieważ dzięki temu tak jakby "płynie się" przez lekturę. Wszystko w "Eleonorze & Parkumi się podobało. No, poza zakończeniem. Tak się nie robi! Zostałam pozostawiona z taką "pustką" i sprawdzałam nawet czy przypadkiem ktoś nie wyrwał kilku ostatnich stron z mojego egzemplarza. Niestety nie.

Trochę mylnie się przyjęło, że "Eleonora & Park" to typowo muzyczna książka. Co prawda muzyka odgrywa tam znaczącą rolę, jednak nie jest to główny wątek. Przed lekturą tej książki miałam obawy co do tego aspektu. Nie jestem jakąś fanatyczką muzyki, więc myślałam, że na każdej stronie będą się przewijać tytuły piosenek, teksty i całkowicie niezrozumiałe dla mnie nuty, ale całe szczęście tak nie było. Było fajnie.

"A gdy ona się uśmiechała, coś w nim pękało. Za każdym razem."

Świetnym pomysłem było użycie motywu komiksów z X-menami. Rozmowy Eleonory i Parka na ich temat, rozważanie mocy mutantów były bezbłędne! Nie przesadzone, w odpowiedniej ilości, także nawet jak ktoś nie kojarzy o co chodzi, bądź nie jest fanem komiksów, X-menów itd., to nie powinien czuć się zagubiony.

"Eleonora & Park" to tacy współcześni "Romeo & Julia", chociaż nie do końca, gdyż jest między nimi - a także w ich historii - całkiem sporo różnic. W książce Rainbow Rowell bohaterowie zostali świetnie wykreowani. Eleonora ma masę charakterystycznych cech, przez co jej postać wydaje się być autentyczna.Tak samo jest z Parkiem, chociaż nie ukrywam, że kreacja jego osoby jest jeszcze lepsza. A jego mama to już w ogóle jest fenomenalnie przedstawiona. Dobra robota, bardzo dobra.

"Chcę, żeby wszyscy cię poznali. Jesteś moją ulubioną osobą wszech czasów."

Uwielbiam "Eleonorę & Parka" i wiem, że nie jestem w tym odosobniona. Jest to po prostu świetna książka zarówno dla młodzieży, jak i tych starszych. Z mega świetnymi cytatami, przesłaniem, które porusza serce, duszę i wszystko inne w środku.

Autor: Rainbow Rowell
Gatunek: Młodzieżowa/ Young adult
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Liczba stron: 340

Recenzja gry "Mumia. Wyścig w bandażach"

Dziś mamy coś dla wszystkich poszukiwaczy skarbów i przygód! "Mumia. Wyścig w bandażach" to dość niepozorna gra, która szybko zrobiła karierę na naszym stole.

W tej grze wcielamy się w odkrywców i przemierzamy korytarze piramidy, gdzie czekają na nas liczne drogocenne przedmioty, ale także masa pułapek, które są dla nas zagrożeniem.

Co za skarby skrywa MUMIA?
Pudełko gry "Mumia. Wyścig w bandażach" jest jeszcze większe niż "Potwory w Tokio", czyli naprawdę spore (to największa gra w naszym domu!). Oczywiście oznacza, to, że w środku znajduje się całkiem sporo elementów: 32 kafelki pól ( 18 kafelków zagrożeń, 8 skarbów i 6 wielbłądów), pole startowe i meta, figurka mumii i 4 żetony mumii, 18 drewnianych pionków poszukiwaczy (po 3 w każdym z 6 kolorów), 8 drewnianych strażników i 2 kostki.  Ponadto wewnątrz opakowania znajdują się jeszcze 4 dodatki do gry, a na ich elementy składa się: 10 żetonów akcji, 2 kapelusze (pecha i szczęścia), 4 kafelki wymiany i 8 ryzyka.


Gra w "Mumię..." jest stosunkowo prosta. Należy ułożyć drogę z kafli zagrożeń, skarbów i wielbłądów, ustawić strażników na odpowiednich polach i można już zaczynać. Każdy ruch gracza zaczyna się od rzutu kostkami. Na jednej kostce znajdują się cyfry od 1 do 6, więc jest to standardowa kość. Druga kostka natomiast jest już czymś zupełnie nowym. Jest to sześcioscienna kość, na której widnieją: mumia (ruszasz się mumią), pionek i strażnik (ruszasz się swoim pionkiem lub strażnikiem, ale możesz poruszyć tylko tego strażnika, który dzieli z kimś kafelek, na którym stoi) oraz znak zapytania (ruszasz mumią, pionkiem lub strażnikiem - zasada poruszania strażnikiem jest taka sama). Tak więc, gracz rzuca kostkami i następnie wykonuje taki ruch, jaki wskazały mu kostki.  Gdy chcemy opuścić jakiś kafelek, a nie ma na nim nikogo poza nami, to musi go zabrać ze sobą. Będzie się on liczył w obliczaniu punktów na koniec gry.

W trakcie swojej drogi do mety należy uważać na to gdzie stajemy, tak jak w prawdziwej piramidzie! Czyhają na nas kafelki zagrożeń,  które są punktami ujemnymi (na każdym jest podana liczba tych punktów), kafelki skarbów to punkty dodatnie, a kafelki wielbłądów mają zdolność zamieniania ujemnych punktów w dodatnie. Także czasami warto stanąć na "minusie", by zamienić go na dodatni wynik za pomocą wielbłąda. Sposobem na zdobycie dodatkowych punktów jest mumia, która za nami chodzi. Należy też dodać, że jest ona całkowicie niegroźna dla poszukiwaczy. Mumia robi sobie cztery rundki po piramidzie, za każdym razem, gdy mumia przekroczy metę, to osoba, która ją przez nią przeprowadziła otrzymuje punkt/y (pierwsze okrążenie 4pkt., drugie 3pkt...).


Gra kończy się kiedy jeden z poszukiwaczy skarbów przeprowadzi swoje 3 pionki na metę. Wtedy też dochodzi do podliczenia punktów i oczywiście wygrywa ten, który ma ich najmniej. Żartujemy! Oczywiście standardowo wygrywa ten, który ma ich najwięcej, no chyba że przegraliście, wtedy możecie udawać, że zwycięstwo należy do was. Jednak nie jest to zbyt skuteczne zagranie. (Próbowaliśmy, ale przeciwnicy się zorientowali...)

Dodatki, które znajdziemy w pudełku "Mumii..." są bardzo fajnym urozmaiceniem gry i najlepiej po kolei po nie sięgać, wtedy gdy już zapoznamy się z podstawową wersją gry. Rozszerzenia wnoszą konieczność dokładniejszego obmyślania i planowania, co jest ciekawe, ale raczej dla starszych graczy.


"Mumia. Wyścig w bandażach" aktualnie jest jedną z najbardziej lubianych gier w naszym domu (na przemian z "Potwory w Tokio"). Gra w dwie osoby, jak i w większą ilość jest równie przyjemna. Wiadomo, że w dwie osoby gra się znacznie szybciej, zdobywa więcej skarbów i wielbłądów. W rozgrywce kilku osobowej trzeba się więcej nakombinować i czasami przychodzi też taki moment, że trzeba na kogoś nakrzyczeć, by wreszcie zlazł z naszego wielbłąda. Bo są takie uparciuchy, co jak raz na nim ustaną, to przez całą rozgrywkę się z niego nie ruszą... W każdym razie jest to bardzo fajna gra i za każdym razem emocjonująca - zwłaszcza jak się nie umie przegrywać ;). Graliśmy w nią zarówno z dzieciakami, jak i pseudodorosłymi okupantami wielbłądów i za każdym razem nie było problemów ze zrozumieniem zasad, czy rozgrywką (chyba, że ktoś stał na wielbłądzie i niechciał stamtąd zejść!). Polecamy ;)

Tytuł: Mumia. Wyścig w bandażach
Gatunek: Gra planszowa / rodzinna
Wydawca: Egmont
Ilość graczy: 2-6
Rekomendowany wiek: 8+
Ocena: 8,5/10

Galeria zdjęć:

Recenzja gry planszowej "Pędzące jeże"

Temat jeży jest nam bardzo bliski. Nie dlatego, że chodzimy po lesie i często spotykamy te urocze stworzenia, ale dlatego, że sami mamy małą domową hodowlę jeży pigmejskich i codziennie spędzamy z nimi czas. Nic więc dziwnego, że z chęcią sięgnęliśmy po grę planszową, której głównymi bohaterami są te małe, kolczaste zwierzaki.

"Pędzące jeże" są w pewnym sensie kontynuacją gry "Pędzące żółwie" (naszą recenzję znajdziecie tutaj), w którą wielokrotnie graliśmy w mniejszym lub w większym gronie. Gra o żółwiach bardzo nam się spodobała, więc naturalną reakcją na premierę kontynuacji było po prostu sięgnięcie po nią i sprawdzenie, czy jest równie dobra, co poprzedniczka.

"Pędzące jeże" zostały wydane w niewielkim pudełku o wymiarach dokładnie takich samych, jak "Pędzące żółwie". Ilustracje i w ogóle szata graficzna jest utrzymana w identycznym tonie. Wewnątrz znajdziemy 4 stronicową instrukcję do gry, kolorową planszę z grubego kartonu, 55 kart z ilustracjami jeży, 4 drewniane figurki oraz 36 żetonów punktów (czego nie było w "...Żółwiach").

Całkiem sporym zdziwieniem dla nas był fakt, że gra zasadniczo różni się od swojej poprzedniczki. Już samo to, że można grać od 3, a nie od 2 graczy jest sporą zmianą... Poza tym dochodzą tutaj także żetony punktów, z którymi wcześniej nie mieliśmy do czynienia.


O co chodzi w grze? Cel jest jeden: zdobycie jak największej ilości punktów. Rozkładamy planszę, układamy figurki na polu start, przetasowane karty rozdajemy wszystkim graczom po równo (uprzednio odkładając określoną ich ilość zgodnie z zasadami określonymi w instrukcji: np. w rozgrywce 3 osobowej odkładamy 10 kart, które nie biorą udziału w grze), no i zaczynamy! W odróżnieniu od "Żółwi" - tutaj gracze nie mają swoich własnych pionków i mogą poruszać każdym z nich za pomocą kart. Gra podzielona jest na rundy: Ich ilość zależna jest od liczby graczy. Czyli przykładowo w rozgrywce 3 osobowej rund będzie 3. Każda z nich przebiega na tych samych zasadach. Poruszamy figurkami jeży za pomocą kart i przesuwamy je jedynie do przodu (nie można się cofać). Każdy z graczy wykłada po jednej karcie i kolejka przebiega zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Runda kończy się, gdy jeden z jeży znajdzie się na ostatnim polu. Kolory pionków to: fioletowy, żółty, czerwony i zielony. Ich odpowiedniki (oraz "joker" - który umożliwia ruch wybraną figurką) znajdują się na kartach wraz z symbolami + lub ++, które mówią nam, o ile pól należy przestawić pionek.

Na koniec gry liczymy swoje punkty. Zależne są one od kart, które trzymamy w ręku (tych, których nie użyliśmy podczas rozgrywki). "Każda karta daje tyle punktów, ile warte jest pole, na którym stoi jeż w odpowiadającym jej kolorze." - cytat z instrukcji, bo przełożenie tego graniczy z cudem. Dajmy na to, jeśli jeż fioletowy stoi na polu z cyfrą 2 i mamy w ręce 1 kartę z jego wizerunkiem, to otrzymujemy 2 punkty. Jeśli stoi na 3 i mamy 2 karty, to dostajemy 6 punktów. Najlepszym wyjściem jest to, żeby na koniec rozgrywki wszystkie jeże znajdowały się na polach dodatnich (na planszy mamy pola: -1, 0, 1, 2, 3) - wtedy to karty, które mamy w ręce dają nam również punkty dodatnie. Jeśli jeż stoi na ujemnych, to karty z jego wizerunkiem dają nam także punkty ujemne. W skrócie: Należy kombinować tak, żeby ruszać jeżem, ale nie zużywać kart. Najlepiej, gdyby np. jeż żółty stanął na polu 3 i mielibyśmy w ręce jak najwięcej kart z jego wizerunkiem.


Samo wytłumaczenie komuś zasad gry jest bardzo trudne. Szczególnie wtedy, jeśli chcemy grać z dzieciakami. Młodzi gracze - nawet ci bardziej doświadczeni z planszówkami - bardzo często nie potrafią do końca zrozumieć o co w grze chodzi. Nie ukrywajmy - trzeba tu myśleć strategicznie od samego początku i analizować na bieżąco to, co dzieje się na planszy. Gra jest wykonana bardzo atrakcyjnie dla młodszych, ale niestety według nas nie za bardzo się dla nich nadaje. Już lepiej sprawdza się w towarzystwie osób starszych, które lubią i potrafią kombinować - jednakowoż szata graficzna takich graczy zazwyczaj potrafi skutecznie zniechęcić. O ile "Pędzące żółwie" były lekką, szybką i fajną grą głównie dla rodzin z dziećmi, o tyle "Pędzące jeże" w tej roli raczej się nie sprawdzą. Planszówka stwarza pozory czegoś podobnego - i owszem, wizualnie tak - jednak w rzeczywistości mechanikę ma bardzo zmienioną i skomplikowaną. Nawet nie chodzi już o to, żeby być pierwszym na mecie. 

Grę zaczynamy z dużą ilością kart, co jest ciężkie do ogarnięcia i w ogóle niewygodne. Mamy tu także dodatkowy wariant gry, wprowadzający jeszcze więcej komplikacji do rozgrywki np. "każda para kart w tym samym kolorze z jednym plusem daje pięciokrotność wartości pola" - jakby gra była do tej pory zbyt prosta dla sześciolatków (!).


Wykonanie gry i sam pomysł z jeżami są bardzo na plus, jednakowoż zmiana zasad oraz ich zbyt duże zagmatwanie były tu w ogóle niepotrzebne. Oczywiście, gdyby "Pędzące jeże" w ogóle niczym nie różniły się od "Żółwi", to też nie byłoby to zbyt interesujące, ale według nas jest tu za duża różnica między poziomami trudności. Rodzice, których dzieciakom spodobały się "Żółwie" pewnie z chęcią sięgnęliby również po "Jeże", ale mogliby się bardzo zdziwić po przeczytaniu instrukcji. Ciężko będzie nauczyć maluchy reguł, ale jak się już uda, to gra może sprawiać przyjemność bardziej wymagającym. Ale nie ma się co nastawiać, że "Pędzące jeże" również będą szybką, lekką i fajną grą rodzinną.


Tytuł: Pędzące jeże. Kolec w kolec
Gatunek: Gra rodzinna / dziecięca / planszowa
Wydawca: Egmont
Ilość graczy: 3-5
Rekomendowany wiek: 6+ (według nas 10+)
Ocena: 6/10

Galeria zdjęć:
Technologia Blogger.
 
Kontakt : Facebook | recenzjum@gmail.com
Copyright © 2015. Recenzjum - All Rights Reserved